Wylądowałem na Teneryfie – słowem wstępu

wpis w: myśli | 0

Właściwie to nie do końca wiem nawet jak zacząć. Tak trudno zebrać myśli. Jeszcze kilkadziesiąt godzin temu byłem tam, dzisiaj już przejechałem pierwszą rundkę wokół domu po powrocie. Zawsze gdy wracam z Teneryfy, bo o niej będzie ten wpis, mam jakiegoś kaca. Moralnego. Wyrzucam sobie, że tak późno zdałem sobie sprawę z istnienia tego raju na ziemi i zmarnowałem tyle lat życia w błogiej nieświadomości.

teneryfa

Dlatego też, tak często jak to tylko możliwe, wracam tam. Nie jest to wcale rozsądna miłość czy też hobby. Niestety wypad w tamte rejony kosztuje. To nie włoskie alpy, gdzie pakujesz rower w piątek rano, a w sobotę po południu meldujesz się na dowolnie wybranej przełęczy w promieniu 100km od jeziora Garda. W moim przypadku, ostatni wypad był już trzecim i coraz ciężej jest znajdować racjonalne wytłumaczenie, po co właściwie się tam wybieram. Oczywiście „racjonalne wytłumaczenie” dla postronnych, bo ja wiem. I mam nadzieję, że w przeciągu najbliższych dni, w trakcie lektury kolejnych wpisów, uda mi się to w jakiś sposób pokazać. Jednak zacznijmy od początku…

teneryfa

Na Teneryfę pierwszy raz trafiłem z przypadku. O mały włos nigdy bym tam nie poleciał. Trafiłem na nią w czasie, gdy ważyłem 40 kilogramów więcej niż dziś, a kręte drogi wzbudzały we mnie dreszczyk emocji  ale związany z motorsportem, nie szalonymi zjazdami.Był rok 2012 i pamiętam do dziś, że przez równe pół roku nie potrafiłem się otrząsnąć ze wspomnień. Wróciłem tam rok później. To tam, w jacuzzi pięknego hotelu z widokiem na majestatyczne klify Los Gigantes wpadła mi myśl, że przejadę z Zakopanego do Gdańska rowerem. W tym samym jacuzzi, tego samego dnia, udało mi się nader łatwo namówić żonę na zakup nowego roweru crossowego, na okoliczność wyprawy i zakomunikować jej mój nowy cel. To w końcu tam, zacząłem poważnie myśleć o zmianie swojego stylu życia. To również wtedy przecierałem oczy ze zdumienia, widząc kolarzy, wspinających się po zboczach wyspy, by zameldować się po kilku godzinach na wysokości grubo ponad 2000 m n.p.m, przy dolnej stacji kolejki linowej prowadzącej prawie na sam szczyt wulkanu El Teide – najwyższego wzniesienia Hiszpanii. Tak się nie da – myślałem.

teneryfa

Od tamtej pory minęły równo dwa lata. Wylądowałem na Teneryfie z jedną myślą. Zacząć u wybrzeża, skończyć 2356 metrów wyżej, przy kolejce na Teide. Wynająłem rower (BMC GF02) dla siebie i samochód dla żony. W ten sposób spędziłem najpiękniejsze 15 kolarskich dni w tym roku…

Właściwie to tyle słowem wstępu. To naprawdę proste. Wsiąść do samolotu, odebrać rower i po prostu jeździć.