Wulkan Teide – pierwszy raz rowerem

wpis w: myśli | 0

Teide. Najwyższy szczyt Hiszpanii. Wulkan, którego zbocza zaczynają się ponad 3000 metrów pod poziomem morza i kończą tyle samo nad jego taflą. Dla kolarzy jednak, nie sam szczyt, a poziom dolnej kolejki linowej (Teleferico del Teide), jest najważniejszy na wyspie. 2356 metrów n.p.m. Istnieje wiele dróg, by osiągnąć ten cel.

Przed przylotem na Teneryfę w tym roku, legitymowałem się już dwoma wjazdami na Teide, ale każdy z nich wykonany był samochodem :). Tak czy siak, planując w Polsce wjazd na poziom dolnej stacji kolejki, miałem już całkiem dobry rekonesans. Średnie nachylenie około 5%. Momentami oscylujące w okolicach 10% (climbbybike pokazuje maks 12%). Nic nadzwyczajnego, jeśli nie dodamy, że podjazd trzyma przez 40-45 kilometrów, niezależnie od tego, z której strony wyspy atakujemy, a każdy z 2356 metrów należy wycisnąć samodzielnie, ponieważ podjazd zaczyna się z poziomu oceanu.

pogoda teneryfa

Teneryfa przywitała nas czarnymi chmurami, które praktycznie non stop kotłowały się powyżej 1500 metrów n.p.m. Dzień przed planowaną datą pierwszego wjazdu, stawiłem się w super wypożyczalni rowerów, którą namierzyłem na tripadvisorze (BikePoint), gdzie otrzymałem całkiem fajny rowerek – BMC GF02, na aluminiowej ramie. Długo zastanawiałem się, czy nie wziąć niewiele droższego carbonu, ale doszedłem do wniosku, że trzymanie w pokoju hotelowym takiego roweru może być delikatnie ryzykowne. Gdy przyprowadziłem maszynę do rzeczonego pokoju, szybko zdemontowałem siodełko, zamontowałem swojego Romina Evo, złapałem wymiary mojej Streli spisane jeszcze w domu i ruszyłem na krótki rekonesans w stronę Los Gigantes. Po powrocie wiedziałem, że przynajmniej rower pasuje do mnie jak ulał.

Teide

Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, spakowaliśmy baniak wody, dwa izotoniki, trochę jedzenia do wypożyczonego Fiata i ruszyliśmy w górę. Kasia w samochodzie, ja na rowerze. Pierwszych kilka kilometrów nie było ekscytujących. Ruchliwe drogi, brak krajobrazów. Nic szczególnego, może oprócz tego, że pomimo wczesnej pory już zaczynałem czuć żar z nieba. W miejscowości La Camella na rondzie w lewo, obieram azymut na Aronę. Pierwsza trudność. 500 metrów mocnego podjazdu sporo powyżej 10%. Pierwszy raz podziękowałem sprzedawcy z BikePoint za zasugerowanie mi, że jednak 32 zęby z tyłu mogą się przydać :). OK na 28 też bym wjechał, ale czekają mnie jeszcze przynajmniej 3 godziny wspinaczki.

Teide Arona rower

Szybko dojeżdżam do Arony. Wszystkie miasteczka na Teneryfie wyglądają bardzo podobnie. Mają ciekawą zabudowę – białe, kremowe lub pastelowo różowe „kamienice” oblepiające każdą ulicę mają swój charakter. Arona niczym się nie różni, choć akurat w trakcie tej przejażdżki zaraz przed wjazdem do miasta skręcam w lewo, kierując się na Vilaflor. To mój drugi azymut na trasie. Odcinek między Aroną a Vilaflor, jest chyba najbardziej urokliwy podczas atakowania El Teide od południa. Kilka fajnych serpentyn i widok na ocean. Przez dobrych kilkanaście minut obcuje się z charakterystycznymi szczytami, które górują nad południem wyspy. Bardzo fajne uczucie. Z plaży widać te góry i mimo że są niewysokie, wyglądają bardzo majestatycznie. Teraz ich szczyty są na wysokości oczu, a wysokościomierz wskazuje zaledwie 1/3 przewyższenia, jakie mam w planach.

Teide szosowy rower Vilaflor TF21

Docieram do Vilaflor. To mikroskopijne miasteczko usytuowane na wysokości 1300-1400 m n.p.m. jest ostatnią ostoją cywilizacji przed El Teide. Jeśli wspinasz się samemu – to ostatni moment by na stacji benzynowej uzupełnić zapasy wody oraz cukrów. Dosłownie kilkaset metrów po minięciu Vilaflor wjeżdżamy w wysoki i dość gęsto porośnięty las. Drzewa wyrastają z niczego. Czarna lub brunatna gleba pochodzenia wulkanicznego jest twarda i aż dziw bierze, że coś z niej wyrasta. W lesie robi się ponownie dość stromo. Trzeba wiedzieć, że podjazd od tej strony nie trzyma z chirurgiczną precyzją 5%. Są momenty, gdy droga odpuszcza lub wręcz opada, a potem trzeba znów oddać górze to co dała na wypłaszczeniu. Robi się zimo. Las odcina od promieni słonecznych, a dodatkowo na wysokości 1500 m n.p.m. wjeżdżam w chmury. W tym momencie mam kryzys. Nie wiem na ile spowodowany brakiem cukrów i soli, uzupełnianych do tej pory izotonikami, a na ile faktem, że zniknęły krajobrazy. Niemniej powietrze stało się nieznośnie lepkie od wilgoci. Jest mi zimno, a jednocześnie pot spływa mi po każdej kończynie. 100 metrów wyżej widzę Kasię, robię 3 minuty przerwy – na ubranie kurtki i cukry. Wymieniłem bidony i w drogę.

Teide rower

Wcale nie jest lepiej. OK, jest cieplej, ale tylko dlatego że teraz kurtka w połączeniu z potem robi ze mnie jeżdżący szybkowar. Bałem się skwaru, jednak nie spodziewałem się, że tak negatywnie wpłyną na mnie nagłe zmiany pogody oraz dość depresyjny krajobraz w tych okolicznościach. Jedyną rzeczą, która trzyma mnie przy kręceniu w górę, jest znajomość profilu trasy. Na około 10-15 kilometrów przed końcem wjeżdżamy od południa na płaskowyż Las Canadas. Ważną informacją jest tutaj „południe” ponieważ od tej strony, Las Canadas przyozdobiony jest w koronę z pasma górskiego, około 200 metrów powyżej poziomu samego płaskowyżu, do którego trzeba zjechać, by znów wspinać się pod górę. Myślałem sobie „spoko, jeszcze 8/5/3 kilometry i będzie trochę zabawy na zjazdach, odpocznę przed ostatnim podjazdem”. Tylko to trzymało mnie przy zdrowych zmysłach.

El Teide na rowerze

Byłem tak zmęczony i tak wypłukany z wszelkich wartości odżywczych, że skupiłem się na odliczaniu metrów na garminie. Tak, to już teraz, za 100 metrów zacznę zjeżdżać i… Pufff! Świat przede mną zamarł. Byłem tak skupiony na liczeniu metrów z nawigacji, że nie zauważyłem, iż chmury zamieniły się w mleko i lekką mżawkę. Zjazd, widoczność maks 50 metrów, „jadę na egzotyczne i CIEPŁE Wyspy Kanaryjskie” mówili przed wylotem… gdy zobaczyłem pierwszy strumień płynący środkiem lasu pomyślałem, że dalej może być ciekawie. Zaczęło lać.

Teide Las Canadas wyprawa

10 kilometrów do celu, wysokość ponad 2000 m n.p.m. Mijam naszą Pandę z której wybiega Kasia, a ja nawet nie chcę słuchać. „Nie! Nie! Nie! Jedź!” – mam to nagrane. Nawet nie wiedziałem, że byłem tak stanowczy. Nie zatrzymałem się, nie zwolniłem. Po prostu poprosiłem grzecznie żonę, by dała swojemu mężowi szansę, by udowodnił sobie, jak twardym jest facetem. Zrozumiała bardzo szybko. Praktycznie po pierwszym „nie” już zamykała drzwi do ciepłego samochodu. Wiedziała, że się uparłem i nie ma sensu dyskutować.

Teide Las Canadas blog

Garmin pokazał 8 st. C. Całe 20 mniej niż rano na wybrzeżu. Połowę Las Canadas leci się delikatnie w dół, a potem zaczyna się ostatni podjazd. Droga na płaskowyżu jest fatalna. W taką pogodę – ryzykowna. Bez czucia w palcach – szalenie niebezpieczna. Zjazdy wymroziły mi palce. Obsługa klamkomanetek nigdy nie sprawiła mi takiej trudności. Jednak to wszystko nie było ważne. Lał deszcz, a ja byłem blisko celu. Kasia jechała za mną, ja byłem zbyt zajęty utrzymaniem się na drodze, ale na górze powiedziała mi, że było pod 50kmh. Ekstaza. Mimo przeciwności, dopnę swego. Koszmar, który zaczął się w Vilaflor, za 20-30 minut się skończy! Zostało 7 kilometrów, ostatni podjazd. Około 2000 m n.p.m., do wyciśnięcia około 350.

Teide Las Canadas na szosie BMC

Nagle skurcz. Gigantyczny skurcz w prawym udzie. Przy Las Roques, miejscu skąd przy dobrej pogodzie oś drogi wskazuje dokładnie szczyt El Teide, chciałem zejść z roweru i płakać z bólu. Całe szczęście znów zobaczyłem naszą Pandę i Kasię we fluo kurtce. Ostatni izotonik, może sole pomogą. Pomogły. Delikatnie pokonywałem kolejne metry do celu.

teneryfa

Ostatni akt wspinaczki, to podjazd drogą do samej kolejki. 200-300 metrów. Stromych metrów. Miejsce nie do poznania. W słoneczne dni parkingi zawalone autami. Teraz co drugie miejsce puste, w sumie nie wiadomo gdzie są osoby z tych samochodów, które tam stały. Czułem się trochę jak na Stelvio podczas drugiego podjazdu. Żadnego kolarza. To było samotne cierpienie. Do momentu gdy grupa Francuzów nie zaczęła do mnie pokrzykiwać „allez!” a samochody zaczęły trąbić. „No to mają show” pomyślałem.

Teleferico del Teide

 

Koniec. 3 godziny 52 minuty. Łączny dystans 52 kilometry. Prawie 2,5 kilometra w górę. Spojrzałem na płaskowyż i stanęły mi łzy w oczach. Ze szczęścia. Miało być pięknie, gorąco i spektakularnie. Był podjazd z piękną historią i z kompletnym brakiem jakichkolwiek krajobrazów.

Las Canadas Teide na rowerze

Zdjąłem koła, wrzuciłem rower w częściach na tył Pandy (tak zmieścił się :) ) i pojechaliśmy w dół. Stan moich rąk i świadomość ryzyka na mokrym nie pozwoliła mi tego dnia zjechać z Teide.