Stelvio – mój pierwszy raz

wpis w: myśli | 3

Przygoda z Passo dello Stelvio tak naprawdę zaczęła się dla mnie jeszcze w Polsce, 11 czerwca, gdy o 16:15, zapakowani w mojego Mondziaka, ruszyliśmy z Kubą w stronę Prato allo Stelvio. Sami wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy, że już za 19 godzin będziemy świętować wjazd na tę epicką przełęcz.

Plan był przecież zupełnie inny – wyjeżdżamy 11 czerwca, rano 12 czerwca meldujemy się w hotelu, następnie samochodowe zapoznanie z Passo dello Stelvio i dopiero 13 czerwca z rana wjazd. Plan posypał się zaraz po zameldowaniu w hotelu, w Prato allo Stelvio. Była tak piękna pogoda, że zdążyłem tylko wziąć krótki prysznic, złożyć rower, założyć ciuchy i zanim się obejrzałem, kilka minut po ósmej byliśmy już w drodze o kilkuprocentowym nachyleniu w górę. Mimo tego, że w nocy spałem półtorej godziny, w samochodzie, na austriackim parkingu, dałem się porwać wirowi zdarzeń. Najwyżej jutro zrobię już właściwe podejście – pomyślałem.

Passo Dello Stelvio

Pierwsze kilometry były bardzo dziwne. Perspektywa gór bardzo wypłaszcza to, co dzieje się bezpośrednio przed nami. Duże zmęczenie zrobieniem w nocy 1400 kilometrów też dawało znać o sobie. Po pierwszych kilkudziesięciu minutach, jeszcze przed Gomagoi, spojrzałem na garmina- 165 bpm. Będzie ostro, skoro już teraz jest tyle. Problem rozwiązał się sam, HR monitor w pewnym momencie zwariował i przestał działać :). Mimo to serce chciało wyskoczyć z piersi.

Przejazd przez tunel (jedyny po tej stronie przełęczy) i ukazała nam się pierwsza serpentyna. Numer 48. No to zaczynamy zabawę! Minęliśmy Gomagoi i Trafoi. Fajnie w końcu na żywo zobaczyć to, co przez cały ostatni rok oglądałem co kilka dni na Google Street View. Z każdą minutą żar z nieba lał się coraz bardziej. Termoaktywna koszulka stała się zupełnie zbędna, ale teraz było już za późno. Za Trafoi następuje chyba najgorszy moment w całej wspinaczce na Passo dello Stelvio od strony Prato – las. Kilkanaście stopni nachylenia. Nie widać nic oprócz asfaltowej ściany przed rowerem i drzew. Czasem pomiędzy nimi widać niższą serpentynę i dopiero wtedy można sobie uświadomić jak jest stromo.

Passo Dello Stelvio

W tym momencie spełnia się najgorszy scenariusz, który chyba wykrakałem we wpisie o treningu na Kaszubskim Oku – trzeba było zmienić kasetę na większe zębatki z tyłu. Zestaw 34 z przodu i 25 z tyłu to patent dla kozaków, a nie nizinnych leszczy :). Przy 7-8 kmh i każdy obrót korbą to wyciskanie. Nie ma pędu powietrza, jest gorąco, termoaktywka jest przemoczona tak, jakby ktoś wylał na mnie kubeł śmierdzącej wody. Leje się ze mnie. Po 14 – 15 kilometrze muszę zejść z roweru. Tym bardziej, że Kuba został gdzieś z tyłu. Skoro mi jest ciężko, to jemu też. Lepiej wjeżdżać razem… przynajmniej będzie raźniej.

Jakub dojechał do mnie jakieś 2-3 minuty potem i wita mnie serdecznym „ku**a gdzie jest ta ściana?!” (dziwne bo Jakub z rzadka używa wulgaryzmów… musiał być mocno sfrustrowany). Faktycznie, nie było jej widać, a byliśmy już sporo za połową dystansu. Przez cały ten czas towarzyszył nam tylko widok na szczyt Ortler, o wysokości ponad 3 900 metrów n.p.m. Nie wiadomo jak wysoko jest Stelvio, bo przełęczy nie widać i sama góra wzbudza obawę, że przełęcz jest o wiele wyżej niż okazuje się to w rzeczywistości.

Od tego pięknego widoku na Passo dello Stelvio, jak się okazało, dzieliło nas wtedy całkiem niewiele. Kilka minut po przystanku ukazała nam się „The Wall”. Była piękna i okazała. Zaskoczyła mnie moja reakcja – zamiast paraliżu… poczułem krew. Widziałem cel i był on zdecydowanie niżej niż Ortler. Był w zasięgu wzroku. Zatrzymaliśmy się jeszcze dwa razy, żeby zrobić kilka fotek i raz na napełnianie bidonu z małego wodospadu. Od Trafoi jechal za nami kolarz, który tylko potwierdził moje wcześniejsze przemyślenia na temat kasety. Włoch kręcił sobie młynkiem z prędkością 6-7 kmh bez zatrzymania, podczas gdy my przy tej prędkości praktycznie nie mogliśmy zakręcić już korbą. Na naszych przełożeniach 8,5 – 10 kmh to była optymalna prędkość. Niestety wydatkowaliśmy na to więcej energii, dlatego gdy my przystawialiśmy na 2-3 minuty, on nas doganiał i tak wymijaliśmy się na trasie, wymieniając między sobą zdawkowe zdania przerywane ciężkim oddechem. Na dyspozycję tego dnia, z całą pewnością większa zębatka z tyłu byłaby odpowiednia.

Passo Dello Stelvio

Ostatnie 6 kilometrów to już brak jakichkolwiek przeszkód. Wiedziałem co mnie czeka, każda kolejna serpentyna to moment, w którym można było złapać powietrze na delikatnym wypłaszczeniu. To dawało 3, może 4 zakręcenia korbą „extra”, a to już było na wagę złota. Numerki zakrętów przelatywały już na tyle szybko, że straciłem rachubę. W pewnym momencie zobaczyłem „11” i pomyślałem po raz pierwszy, że na pewno się uda. Widoki zapierały dech w piersiach, ale byliśmy na tyle skupieni na pokonywaniu każdego kolejnego metra, że dopiero na drugi dzień podczas oglądania zdjęć, zdaliśmy sobie sprawę w jak pięknych okolicznościach przyszło nam przeżyć naszą pierwszą alpejską wspinaczkę.

Kolejne kilometry to już odliczanie. Przekroczyłem granicę dwóch godzin pedałowania. Teraz pozostawało tylko dokręcenie do końca. Na 3 kilometry przed szczytem zawiesiła mi się kamerka i nie mogłem robić zdjęć. Jej naprawa w trakcie jazdy, zajęła mi całą moją uwagę. Nie chciałem schodzić już z roweru, nie mogłem też dopuścić by wjeżdżać na Stelvio bez sprawnej kamery i robienia zdjęć. Szarpałem się na rowerze, naprawiając ją. Udało się. Chwilę potem byłem już na ostatnich dwóch zakrętach. Przepiękne widoki! Kuba został trochę z tyłu. Banan na twarzy, ostatni zakręt i ostatnie 200 metrów pokonywałem już na stojąco.

Passo Dello Stelvio

Od naszego hotelu do szczytu wyszło 26 kilometrów, pokonanych w tempie 10,6 kmh i czasie 2h26m. Całkiem przyzwoicie, jak na prawie 30 godzin bez snu :), choć pozostawał tylko niesmak, że nie zrobiliśmy tego „na raz”. Widoki na górze zapierały dech w piersiach. Było pięknie!

Niestety przełęcz Stelvio pokazała swój charakter i nie pozwoliła mi do końca bawić się tym wypadem. Zjazd z góry okazał się trudny. To był mój pierwszy zjazd ever pod względem długości, ilości serpentyn czy przewyższenia. Jakub, który jest kolarzem o wiele mniejszych rozmiarów niż ja, miał o wiele łatwiej. Wyhamować zestaw rower-rider o wadze 70 kilogramów jest łatwiej niż taki o wadze 95 kilogramów. Niestety asfalt też nie był najlepszej jakości i choć nie przeszkadzało to zupełnie przy wspinaczce, o tyle zjazd w dół i dohamowania na takiej nawierzchni mnie lekko przerażały. Na domiar złego złapałem dwie gumy i moja jazda zakończyła się na 42 serpentynach. Mówi się trudno i tak tego dnia bawiłem się setnie. Passo dello Stelvio pokazało mi, gdzie są granice mojego poczucia bezpieczeństwa. Kończą się one na serpentynach powyżej wysokości 2 000 m. n.p.m. :)

Najważniejsze, że mam to zdjęcie. Może to głupie, ale dopiero od jego zrobienia, mam poczucie, że mogę nazwać się cyklistą…

Passo dello Stelvio

Więcej zdjęć z mojego pierwszego wjazdu na Passo dello Stelvio znajdziecie tutaj – https://www.facebook.com/media/set/?set=a.851199231627770.1073741830.783587348388959&type=3