Stelvio – mój drugi raz

wpis w: myśli | 2

Po pierwszym podjeździe na przełęcz Stelvio w piątek, już w sobotę z rana planowaliśmy wjechać na przełęcz ponownie. Nogi były świeże, wystarczyło trochę dobrej pogody i przejezdnej drogi…

Niestety w sobotę zabrakło obydwu tych rzeczy. Trasa od strony Bormio była zamknięta ze względu na imprezę kolarską, na dodatek, gdy wjechaliśmy podczas rekonesansu na górę, okazało się, że pogoda jest fatalna. Zjechaliśmy zatem na dół. Trochę się rozpogodziło w międzyczasie, spakowaliśmy rowery do Mondziaka i ruszyliśmy do Coldrano, skąd chcieliśmy wjechać na tamę na Lago Gioveretto. Ten podjazd opiszę później, najważniejsza informacja jest taka, że w sobotę napalaliśmy się na kolejne zdobycie przełęczy Stelvio ale się nie udało. Bardzo chcieliśmy wjechać jeszcze raz, dlatego powiedzieliśmy sobie, że jakiej by w niedzielę nie było pogody – pakujemy rowery w samochód i z rana uderzamy do Bormio.

Niedzielny poranek zapowiadał powtórkę sobotniej pogody. Niemniej wierni postanowieniu z dnia poprzedniego, zapakowaliśmy rowery do Forda i niewiele myśląc wyruszyliśmy przez przełęcz do Bormio. Na górze… całkiem ok, zimno, wieje, ale to nie są warunki które by nas odstraszały przed wjazdem tutaj rowerami za 2-3 godziny. Postaliśmy chwilę i zaczęliśmy zjeżdżać na dół samochodem. Miałem nadzieję, że z tej strony zjazd będzie bardziej… cywilizowany i faktycznie był. Przez długi czas asfalt był świetny, nie występowały ostre serpentyny. Czułem, że tutaj podołam i dam radę zjechać, choć traumę z piątku nadal pielęgnowałem w swojej głowie.

Passo Dello Stelvio

W pewnym momencie zaczęły się jednak wąskie tunele, w których na szerokość mieściło się półtora samochodu. Dodatkowo były one wyjątkowo ciemne. Ostatecznie zdyskwalifikował je fakt iż nawierzchnia w dwóch tunelach była permanentnie mokra (przebiegały one pod wodospadami). Po obejrzeniu ich z perspektywy samochodu Kuba był rozemocjonowany, ja z kolei przerażony. Zadeklarowałem, że jeśli wjedziemy na Stelvio razem, to ja zostaję na przełęczy, a Kuba zjeżdża, pakuje rower do samochodu i zbiera mnie z góry. Dla mnie najważniejszy był podjazd, zjazd był wisienką na torcie. Nie chciałem, żeby całą moją uwagę podczas wspinaczki zajmowało myślenie „jak ja z tego cholerstwa zjadę?”

Dojechaliśmy do Bormio, rozpakowaliśmy rowery, przygotowaliśmy się i w drogę. Pierwszy, drugi, trzeci kilometr. Patrzę na Kubę i widzę, że kręci już na 25 zębach. Ja miałem jeszcze w zapasie dwie zębatki. Pierwszy raz poczułem i pomyślałem, że ten wjazd będzie dla mnie super przyjemny. Noga była w tym dniu ewidentnie mocna, a głowa nadzwyczaj spokojna. Wszystko układało się bardzo dobrze, do piątego kilometra, gdy zmoczył nas deszcz. Nic nie zapowiadało, że pogoda zmieni się, ponieważ chmury w ułamku sekundy spowiły całą dolinę. Po konsultacji z Kubą podjęliśmy decyzję, że zjeżdżamy na dół, póki jeszcze możemy się wycofać i bezpiecznie zjechać na dół po mokrym asfalcie.

Passo Dello Stelvio

Dosłownie na kilometr przed Bormio, czyli jakieś 10 minut później, świeciło już nad doliną przepiękne słońce! Pogoda w Alpach zmienia się z minuty na minutę. Kląłem pod nosem na czym świat stoi. Świadomość tego, że miałem mocną nogę i tego nie wykorzystałem była fatalnym uczuciem. Jakub widząc jak kręcę głową krzyczał do mnie, że za rok też w tym samym miejscu będzie przełęcz i wtedy ją zdobędziemy. Dojechaliśmy do samochodu, a moja wściekłość sięgała zenitu, tym bardziej że nawet nie było południa i mieliśmy czas by jeszcze zawrócić. Jakub jednak stwierdził, że psychicznie sobie nie poradzi z ponownym wjazdem.

Zapakowaliśmy samochód. Byłem tak zły, że chciałem od razu wracać do Polski. Sportowa ambicja odezwała się we mnie bardzo mocno. Już wyjeżdżaliśmy z Bormio (byliśmy na serpentynie z napisem „Bormio”), gdy Kuba powiedział „wsiadaj na rower, ja biorę samochód i widzimy się na przełęczy”. Nie da się określić radości jaką wtedy poczułem. Wyskoczyłem z Mondeo, wziąłem rower, założyłem koło, obiecałem Kubie że „wjadę na raz” i ruszyłem.

Totalny spokój i pewność osiągnięcia celu – to towarzyszyło mi przez cały wjazd na górę. Wjazd od Bormio, to atak na przełęcz od strony zachodniej. Praktycznie brak wysokiej roślinności, ze względu na mniejszą ilość światła. Spektakularne przepaście i gołe skały. Co prawda nie jestem fanem, ale przywoływały we mnie kadry z Mordoru, z filmu „Władca Pierścieni”. Delektowałem się każdym metrem podjazdu. Rozglądałem się na każdą stronę, co z resztą widać na zdjęciach.

Passo Dello Stelvio

Dopiero w okolicach połowy podjazdu na stałe wrzuciłem największą zębatkę z tyłu. Jakub nie pojechał od razu na Stelvio. Zatrzymywał się co kilka kilometrów na przydrożnych zatoczkach, żeby robić mi zdjęcia, pokrzykiwać i nawet uzupełnić mi bidon :). To było mega motywujące, że kumpel tak się mną zajął. Tym bardziej, że od czasu do czasu dawał też upust swojemu zdziwieniu, w słowach „chłopie jak ty zapierniczasz!” Ja to wiedziałem, czułem że będzie mega dobrze. Każdy obrót pedałami sprawiał mi przyjemność, choć przecież nie było to łatwe.

Tunele przejechałem z wielką frajdą. Wyglądają zupełnie inaczej na rowerze niż z zza kierownicy samochodu. Mają swój super klimat, a wodospad wielokrotnie podbija wrażenie. Potem w okolicach dwunastego kilometra zaczyna się seria serpentyn, którą widać z wielu kilometrów. Tam zaczęło mi się robić zimno. Faktycznie odczuwało się spadek temperatury z każdym kolejnym metrem w górę. Nie czuło się tego tak bardzo na osłonecznionych zboczach od strony Prato. W tym przypadku jednak brak słońca faktycznie dawał się we znaki. Zaczęły marznąć mi palce u nóg, ale to nie była żadna przeszkoda. Na 8 kilometrów przed przełęczą musiałem wyciągnąć wiatrówkę i założyć ją. Zrobić to przy 10kmh to wyczyn :).

Passo Dello Stelvio

Po serii serpentyn następują 2-3 kilometry względnego wypłaszczenia. To ostatni moment na złapanie kilku łyków wody i jakiegoś żelu energetycznego. W dolince czuć było również to, co zauważyliśmy już rano, gdy przejeżdżaliśmy samochodem przez przełęcz – masy zimnego powietrza spływały tutaj w stronę Bormio i czuć było po prostu stary, dobry, polski halny. Zapiąłem kurtkę. Nie forsowałem tempa wiedząc, że ostatnie 3,5 kilometra to najbardziej stromy fragment tego podjazdu. Utrzymywałem 12-14kmh, próbując uspokoić organizm i dostarczyć mu jak najwięcej tlenu oraz cukrów. Podziwiałem strumyki, krowy dzięki którym powstawała tradycyjna ricotta (przynajmniej tak twierdziła tabliczka przy drodze) i wiele innych rzeczy – serio było na czym oko zawiesić.

Równo ze znacznikiem „5 km” po prawej stronie powinienem był zobaczyć w oddali biały budynek hotelu usytuowanego kilka metrów poniżej poziomu przełęczy Stelvio. Niestety był praktycznie niezauważalny. Spowijały go złowrogo wyglądające chmury. Będzie wesoło – pomyślałem, przygotowując się już nie tylko fizycznie ale i psychicznie na walkę podczas ostatnich kilometrów. W pewnym momencie, właśnie gdzieś w okolicach trzeciego kilometra przed Stelvio, wszystko przestało być proste. Mimo, że czułem iż nic złego się nie dzieje, rower nagle stanąl. Ten sam wydatek energetyczny, który przed chwilą pozwalał mi jechać 10-11 kmh teraz ledwo starcza na 8. Zaczęło się. 9-9,5%, po 18 kilometrach wspinaczki potrafi dać w kość.

Passo Dello Stelvio

Chwilę potem Stelvio poczęstowała mnie zimową aurą. Przypomniałem sobie wszystko, co działo się kilka miesięcy wcześniej w Polsce. Marznący deszcz, wiatr do 40kmh, powolne tracenie czucia w palcach. Tym Stelvio nie mogła mnie złamać. Tak jak wtedy, tak i teraz, jedyne o czym myślałem to gorąca kąpiel i obserwowanie zmiany kolorów palców u nóg z fioletowych, przez czerwone po ich naturalny kolor. No i to przyjemne mrowienie… tym umilałem sobie czas, nie robiąc sobie nic ze zmiany warunków pogodowych. W końcu po raz pierwszy w życiu wjechałem rowerem w chmury!

Passo Dello Stelvio

Ostatnie 2 kilometry to już nie była walka. Ciągle w mojej głowie miałem jedną myśl – wytrzymałeś półtorej godziny, do sukcesu zostało Ci 10 minut. Nie było szans bym się poddał. 800 metrów. Zaczynam świętować, wyprzedzam grupkę Niemców, Jakub krzyczy z góry, że czeka na mnie nagrzany samochód (kłamał). 200 metrów, Kuba biegnie za mną z kamerą, a ja na stojąco kończę podjazd. Melduję się przy tabliczce, włączam stop na garminie, na którym z wolna roztapiają się płatki śniegu – 1:56:06! Udało się! Zrobiłem to na raz, zrobiłem to poniżej dwóch godzin!

Passo Dello Stelvio

Zjazd na drugą stronę był niemożliwy.Widoczność ograniczona była do 20-30 metrów. Poza tym 5 minut spędzone na górze tak mnie wyziębiło, że tylko zgrzytałem zębami. Tak jak zaplanowaliśmy to na dole – spakowaliśmy rower i zaczęliśmy zjeżdżać. Ależ to była przygoda! W hotelu pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem było połknięcie całego asortymentu apteki. Tak prewencyjnie. Adrenalina i endorfiny nie schodziły ze mnie do końca dnia. To był najlepszy kolarski dzień w moim życiu. Była w tym dramatyczna historia, było zwycięstwo nad sobą i okolicznościami losu. Zapamiętam ten dzień na zawsze.

Passo Dello Stelvio

Dzięki Kuba za tą decyzję w Bormio!

Więcej zdjęć z tego podjazdu znajdziesz na moim profilu Facebook tutaj.

  • Jacek Kapela

    Widzę że jest pewna prawidłowość w kolejnych wyprawach :)

    Ja Stelvio od Prato w tym roku w sierpniu. To był mój najgorszy rok wagowo od lat. Wzrost 175, waga 90, wiek 50. Napęd Campa 52-39-30×13-29. Prawie od początku jechałem na 30×25 a wkrótce 30×29. Koledzy (wszyscy w podobnym wieku) mi odjechali ale ja się wolno rozkręcam. Nasz główny cyborg, Maciek, 176 wzrostu, 62 wagi poszedł jak burza i ostatecznie dołożył nam 50 minut. Piotrek, mój partner treningowy 180 wzrostu, waga 72 i Arek 176 wzrostu, waga 100 uciekli mi odrobinę ale zwiększali dystans i znikli mi z pola widzenia. Po paru kilometrach dogoniłem Arka, któremu jak go doszedłem, siadła psycha. Nie miał też odpowiednich przełożeń, jechał na compakcie SRAM 50-34x11x28. Ostatecznie dojechał 15 minut po nas. Piotrka doszedłem trochę dalej ale to dlatego że zrobił mały postój. Potem już do końca jechaliśmy razem. Ten podjazd strasznie dał mi się we znaki. Piękny ale niebezpieczny zjazd na szwajcarską stronę gdzie wyprzedziłem wszystkich kolegów i wszystkie samochody i mało się nie rozwaliłem jak mi zablokowało tylne koło. Ogólnie rewelacyjne przeżycia. W przyszłym roku planujemy latem Livigno i podjazd na Stelvio od Bormio i od Santa Maria. Ale trzeba zejść do mojej optymalnej wagi 82.

    Dwa dni później jechaliśmy tez piękny podjazd Kaunertal w Austrii na 2750 który bardzo polecam gdzie dołożyłem Piotrkowi chyba 7 minut. A dwa dni później transfer do Zell am See i Grosglockner Edelweisspitze, 2500. A przecież jest jeszcze tyle podjazdów do zaliczenia…

  • Pingback: Wszystko co wiem o Stelvio... - JEZDZEnaSZOSIE.pl()