Stanąć gdzieś między początkiem i końcem…

wpis w: myśli | 0

Właściwie to przez ostatnie tygodnie niewiele się działo. Godzinami robię trzy rzeczy – kręcę na trenażerze, oglądam karbonowe rumaki w sklepach i myślę o 2016 roku. Wszystko to doprowadziło mnie ostatnio do ciekawej myśli na temat wyznaczania celu…

Każdy ma swój sposób na konsumowanie swojej pasji. Jedni się ścigają, skrupulatnie wypracowując formę, inni kontemplują życie w okolicach Calpe :), przy okazji namawiając do zrzucenia kajdan współczesnego świata. Ani jedno, ani drugie podejście z wielu względów mi nie pasuje. Ja po prostu wyznaczam sobie cel. Cel na tyle odległy i nieosiągalny, na tyle mocny w pobudzaniu mojej wyobraźni, by skraść każdą wolną minutę mojego życia przez długie tygodnie przygotowań. Cel, który zaprząta mi myśli do momentu jego realizacji.

Góry Anaga

Ostatnio ktoś powiedział mi, że „zrobiłem sobie z życia pier****ny challenge”. Faktycznie trochę tak jest, choć ja akurat nie widzę w tym nic zdrożnego. Nie pamiętam kiedy ostatni raz wyjeżdżałem na wakacje bez uczucia delikatnego poddenerwowania. Czy mi się uda? Czy wszystko dobrze rozplanowałem? Czy te miesiące myślenia i rozmawiania tylko o tym jednym dniu / tygodniu, skończą się sukcesem czy porażką? Czy jutro ktoś mi napisze maila / smsa  z gratulacjami, czy też skapituluję? Nie potrafię egzystować bez tych pytań i tej nerwowej atmosfery. To uzależnia. Być może to brzmi jak wyznanie choleryka-pracoholika ale tak jest. Nic nie potrafi zastąpić radości na szczycie i nikt kto tego nie spróbował, nie jest w stanie tego zrozumieć.

To uczucie jest zwielokrotnione faktem, że jeszcze trzy lata temu byłem gościem, którego nic w życiu nie czekało. Nic co mogłoby być związane z jakimś sportowym przeżyciem… Może dlatego błahy wjazd na Stelvio jest dla mnie takim wydarzeniem?

Stelvio

Z drugiej strony, i tutaj dochodzę do sedna sprawy ze wstępu, próba rozliczenia ostatnich lat kręcenia korbą pokazuje, że moje cele były obierane zbyt asekuracyjnie. Mimo że w momencie gdy je obierałem, uważałem je za mało realne. OK, każdy osiągnięty cel to dużo nauki, ale czy porażka nie byłaby bardziej pożyteczna? Możliwość poznania granic swoich możliwości. Oto święty Graal którego szukam. Zdałem sobie z tego ostatnio sprawę. Trzy lata temu przejechanie Polski z południa na północ wydawało mi się mało realna. Dwa lata temu szaleństwem był wjazd na Stelvio czy Teide. Poznać granicę – to jest dobry cel na 2016.

Anaga rowerowa

Jak sobie tak coraz dłużej o takim celu myślę, to uważam go za mega sensowny. W przeszłości za każdym razem gdzieś na końcu czekał kolarski szampan. Z nikim się nie ścigałem, choć wszystko mierzyłem by ścigać się z samym sobą, a na koniec dnia zwiedziłem kawałek świata w rowerowym uniesieniu. Jeśli w tym roku stanę gdzieś pomiędzy punktem A i B, spojrzę w obydwie strony i powiem sobie „nie dam rady więcej.” Będzie to wielki sukces. Wrócę tam wtedy za rok. Jeśli jednak uda mi się osiągnąć cele, to do realizacji pozostaną już naprawdę wielkie rzeczy. Może właśnie wtedy nadejdzie czas, by ostatecznie pożegnać się w głowie z tym chorobliwie grubym gościem, którym kiedyś byłem?

Z tą myślą spędzać będę kolejne godziny na trenażerze… dopóki mrozy nie odpuszczą, a śnieg nie stopnieje!