To był mój pierwszy wyjazd w góry z rowerem. Element większej układanki, o której za chwilę napiszę. Na dobrą sprawę moja przygoda z tym odcinkiem zaczęła się w Warszawie, a gdyby sięgnąć pamięcią, to rok wcześniej na Teneryfie, gdy powziąłem sobie za cel że schudnę i przejadę odcinek Zakopane – Gdynia w podziale na kilka etapów. Kolejne z nich tutaj w późniejszym czasie opiszę, teraz zajmijmy się pierwszym odcinkiem Zakopane – Kraków.

Zatem tak jak wspomniałem, przygoda z tym wypadem rozpoczęła się w okolicach godziny 18, dnia 1 sierpnia 2014 na peronie Warszawa Wschodnia. Wsiedliśmy z moim kumplem Pawłem w pociąg InterRegio i pognaliśmy na południe. Wieczorem byliśmy już w Krakowie, gdzie zatrzymaliśmy się w hostelu oddalonym o 3 kilometry od Dworca Głównego. Z samego rana koło 6:00 mieliśmy zaplanowany ostatni kolejowy odcinek, który zawieźć nas miał do Zakopanego.

Po godzinie 10 zameldowaliśmy się na dworcu w Zakopanem. Pojechaliśmy dosłownie na chwilę na Krupówki, by kupić polskie flagi i ciupagi. Chcieliśmy je przewieźć przez całą trasę do Gdyni i zatknąć w gdyńskiej plaży. Wjechaliśmy kilka metrów pod górę do podnóża Wielkiej Krokwii, skąd ustawiliśmy sobie start. Symboliczny, tak samo jak symboliczna miała być meta – na Skwerze Kościuszki. Już podjazd z dołu Krupówek pod Wielką Krokiew ze sporym balastem w postaci sakw był pierwszym wysiłkiem, który zwiastował iż na trasie nie będzie łatwo.

10557514_687655801288067_6660832477728019225_o

W tym miejscu należy się kilka słów wyjaśnienia w sprawie sakw. Do tego wyjazdu nigdy z Pawłem nie byliśmy na żadnej wyprawie. Dużo czytaliśmy, sporo jeździliśmy i znamy nasze okoliczne asfalty jak własną kieszeń, ale nigdy nie zapuszczaliśmy się tak daleko. Na miesiąc przed wyprawą próbowaliśmy jazdy z sakwami w których woziliśmy dwa pięciolitrowe baniaki wody. Jak się okazało, na wyprawę zabraliśmy trochę więcej – zestaw rower plus sakwy ważył niecałe 30 kilogramów. Same sakwy sporo ponad 15. Na przekroju poprzecznym trasy nic nie mogło nas przerazić – cały czas będziemy zjeżdżać, czekają nas trzy górki i tyle. Proste, łatwe i przyjemne. Jeszcze rano w Krakowie zastanawialiśmy się czy brać sakwy czy jechać ten jedyny odcinek „na pusto” i zostawić je w pokoju, do którego i tak wracaliśmy na kolejną noc. Padło proste „a po co? Będzie łatwo!” i pojechaliśmy na pociąg z sakwami…

O godzinie 13:00 po ówczesnym lekkim posiłku wyruszyliśmy spod Wielkiej Krokwii. Żar lał się z nieba! 2 sierpnia 2014 roku to był jeden z gorętszych dni w roku. Rozpoczęliśmy dłuuugim zjazdem przez całe Zakopane. Zatrzymaliśmy się tylko przy wyjeździe z miasta. Po lewej stronie drogi jest stacja Orlen, gdzie kupiliśmy popularne trytytki (opaski zaciskowe) i zamontowaliśmy dzięki nim ciupagi oraz flagi do bagażników.

20140802_122038_HDR

Zjeżdżało się świetnie… przez pierwsze 25 kilometrów. Tutaj pierwsza przeszkoda, wjazd na Chabówkę. Jakieś 7 kilometrów podjazdu. Niby niewiele, a jednak sakwy zaczęły ciążyć. „Byle do Chabówki” – z taką myślą cisnąłem każdy obrót. Widoki między drzewami były piękne. Pogoda wspaniała, choć upał był okrutny. Wjechaliśmy na górę, za chwilę zaczną się słynne wśród motocyklistów patelnie na Chabówce. Pierwsze 100 metrów zjazdu, po lewej stronie niewielki drewniany kościółek i… guma! Nigdy takiej nie złapałem. Tutaj popełniliśmy najwięcej błędów w całej wyprawie i nie zachowaliśmy spokoju. Mieliśmy godzinę 14-14:30, zauważyliśmy że może nie być tak łatwo jak nam się wydawało, a nasze organizmy zaczynały się mocno przegrzewać. Stanęliśmy na poboczu i lało się z nas. Żadnego cienia. Mieliśmy jedną dętkę (co było mega błędem), nie chcieliśmy jej wykorzystywać po 30 kilometrach wyjazdu, tym bardziej że przed nami była cała dalsza droga. Wzięliśmy się za jej łatanie. To był kolejny błąd. Mokre ręce, brud i ta temperatura! Męczyliśmy się 30 minut, zanim wymieniliśmy dętkę. Zawierzenie łatkom na wyprawach jest złym rozwiązaniem – trzeba brać dwie, trzy dętki i od razu wymieniać.

Ostatecznie ruszyliśmy. Zjazd patelniami do Chabówki został mi trochę zepsuty – nie byłem pewny jak zachowa się nieułożona jeszcze dętka w oponie. Podczas zjazdu pojawiła się prędkość 72kmh na liczniku, choć mogło być o wiele więcej. Dalsze zjazdy i widoki były przepiękne. Potem znów wjazdy przed Lubieniem. Zatrzymaliśmy się na Lotosie przed tą miejscowością. Wiedzieliśmy, że od niej zaczyna się droga ekspresowa. Na stacji spotkaliśmy przemiłego człowieka, który próbował nas przekonać do innej trasy, gdzieś biegnącej bokiem. Tutaj błędu nie popełniliśmy, choć nie byliśmy też fair wobec prawa. Postanowiliśmy w tej kryzysowej sytuacji trzymać się planu A i jechać ekspresówką.

Osobiście lubię jeździć drogami krajowymi z poboczem, czuję się na nich często bezpieczniej niż na drogach wiejskich. Mam swój szeroki pas pobocza i nawet natężenie ruchu czy podmuchy wiatru od przejeżdżających tirów nie sprawiają tutaj problemu. Tutaj sytuacja była nieco inna, asfalt super, ale na poboczu tyle syfu, części samochodowych oraz innego ustrojstwa mogącego przebić oponę, że strach tam było jechać. Jechaliśmy jednak z myślą, że przed nami już tylko Mogilany – najmniejsza górka z tych które miały nas zmęczyć. Robiło się jednak już powoli późno.

20140802_172531

Za Myślenicami postanowiliśmy jeszcze zatrzymać się w McDonaldsie – możecie mówić co chcecie, ale uważam, że shake waniliowy i kawa, plus ewentualna tortilla, to super zastrzyk energii. Nam nie pomogło. Około 18 zaczęliśmy zmagać się z wjazdem na Mogilany. Na szczycie pomyślałem tylko jedno – „do Krakowa dojedziemy, ale dalej nie damy rady!” Kilkadziesiąt minut później byliśmy już w Krakowie. Łóżko było tym czego potrzebowaliśmy. O 20 wyszliśmy tylko na małe zakupy. Nie było czasu na zwiedzanie. Wyciągnęliśmy naukę i postanowiliśmy, że w kolejny etap do Częstochowy, wyruszymy nazajutrz o 4 rano.

Historia trzech gór i całej Zakopianki, to dla mnie historia wciąż otwarta. W drugą stronę nigdy bym tego nie wjechał z sakwami. Ten odcinek na zawsze pozostanie w mojej pamięci, jako ten, który nauczył mnie najwięcej pokory. To wspaniały odcinek, jednak na jego przejechanie kolejnym razem po pierwsze wybiorę się na moim szosowym rowerze, po drugie wyjazdę skoro świt, po trzecie nie będzie to weekend, gdy najwięcej osób wraca z wakacji.

  • Początek trasy: Zakopane
  • Koniec trasy: Kraków
  • Dystans: ~110 kilometrów