Gdy dzień wcześniej dojechaliśmy z Pawłem do Torunia, nasze morale było bardzo wysokie. Od Łodzi mknęliśmy z komfortowym wiatrem w plecy, co zaowocowało wydłużeniem czwartego etapu naszej wycieczki o 60 kilometrów, łączących Włocławek z Toruniem. W toruńskim hotelu mieliśmy do podjęcia trudną decyzję – zrobić dzień małej rekreacji i przejechać jakiś krótki etapik, na przykład do Grudziądza i wjeżdżać na Skwer Kościuszki w glorii chwały, świeżsi i bardziej zrelaksowani, czy też atakować metę dzień wcześniej?

Mnie przekonał prosty argument. Usiadłem z zegarkiem w ręku, policzyłem i krzyknąłem do Pawła „Ej, jak dojedziemy na Skwer jutro, do godziny 16:00 to zrobimy całość w mniej niż 100 godzin!” To zakończyło wszelkie dyskusje. Jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy w planach przejechać z Zakopanego do Gdyni w 6-7 dni. Dziś stanęliśmy wobec możliwości dojechania do mety o wiele szybciej. Wiedzieliśmy, że kibicuje nam rodzina, że kibicują nam przyjaciele i współpracownicy. Czemu nie zostać turbokozakiem?

Zrobiliśmy 160 to zrobimy i 200 kilometrów. Decyzja miała też praktyczny wydźwięk – tak się złożyło, że moi rodzice akurat przebywali w Trójmieście i była szansa, że jeśli dotrzemy tam na 16, będziemy mogli zabrać się z nimi. Dzień później nie mielibyśmy takiej możliwości. Szybko policzyliśmy wszystkie przystanki i wyszło nam, że musimy wyjechać o 4 rano. Nie ma wyjścia, jeszcze tylko sprawdziliśmy pogodę na następny dzień. Będzie ok, trochę wiatru z przodu, ale do przeżycia. idziemy spać.

Następnego dnia wstaliśmy o planowanej porze, wyciągnęliśmy rowery z hotelu i ruszyliśmy w drogę. Przez Toruń śmignęliśmy bardzo szybko. W końcu tu studiowałem – znam to miasto, jak własną kieszeń. Wyjechaliśmy szybko na północ w stronę Świecia. Znam tę drogę doskonale. Nie było żadnych problemów, oprócz tego, że nie planowaliśmy jeździć w nocy i nasze lampki nie pozwalały na jazdę szybciej niż 20kmh.

Na wysokości Chełmży, wiatr wiejący nam w twarz bardzo mocno mnie wymroził. Straciłem komfort. Stanęliśmy na stacji, wrzuciłem na siebie wiatrówkę i zmieniłem SPDy na zwykłe adidasy – były mniej przewiewne przez to stopy trochę mi się rozgrzały, a było z nimi źle jak na początek sierpnia. Gdzieś przed Chełmnem zaczęło świtać. To był piękny poranek. Czuliśmy, że to będzie nasz dzień. Na wysokości Świecia zaczęliśmy dostawać smsy i wiadomości na Facebooku od znajomych. Niestety w Świeciu, gdy skręciliśmy na Grudziądz, wiatr zaczął wiać jeszcze mocniej. Przez długi okres nie było żadnej stacji benzynowej, brakowało nam czegoś, co podbudowałoby nam szybko morale, bo odbicie na Grudziądz zabiło je w kilkadziesiąt minut.

U mnie sytuacja była jeszcze gorsza. Tylny hamulec znów zaczął dawać o sobie znać. Po przejechaniu autostrady w Nowych Marzach, powiedziałem stop – stanęliśmy na kawę, na ciepłe jedzenie i na… serwis. Na wcześniejszych zjazdach Paweł miał o wiele szybszą prędkość i ewidentnie wpływ na to miał hamulec. Szybko zjedliśmy, rozmontowałem koło, szybki serwis zacisków i okazało się, że mój rower zaczął jechać.

20140806_064524

Spożyte cukry szybko uderzyły nam do organizmu. Ale tę euforię stonowała rzeźba polodowcowa. Paweł ewidentnie się tego nie spodziewał, ja wiedziałem, że ostatni etap nie będzie prosty. Wiedziałem, że będziemy jechać „z górki – w górkę.” Dodając do tego nasze sakwy, silny wiatr od morza i zmęczenie poprzednich dni, wynik mógł być jeden. Wyjątkowo wolno przesuwaliśmy się po mapie. Niby ciągle z planem, ale przejazd wydłużał się niemiłosiernie. To był bardzo trudny etap i do dzisiaj nie wiem, jak ja w takim stanie przygotowania, w jakim wtedy byłem, przejechałem to. Mam wrażenie, że gdybym miał go przejechać po prostu „na świeżości”, bez sakw, jako element treningu, to bym go nie przejechał. Tu jednak było inaczej – mieliśmy swoje kilometry w nogach, potrafiliśmy się już po tych kilku dniach odciąć myślami od pedałowania, no i mieliśmy cel, który z każdym zakręceniem korby był coraz bliżej! Co kilka chwil rzeźba terenu odwdzięczała się nam pięknymi widokami, więc jakoś przesuwaliśmy się do przodu. Korba za korbą…

Doczłapaliśmy się do Tczewa. Mijając korek na drodze, ludzie bardzo entuzjastycznie reagowali na nasze ciupagi przy rowerach. Niektórzy nawet coś pokrzykiwali. My niestety byliśmy tak zmęczeni, że nie potrafiliśmy z siebie wykrzesać nic oprócz uśmiechu złamanego wyrazem bólu oraz zmęczenia. W Tczewie zrobiliśmy zakupy! McDonalds, kawa, tortilla, lody, potem zakup Powerade’ów i tak jakby wróciła w nas nadzieja. W maku zagadnął nas chłopak, skąd jedziemy. To było miłe. Zaczęliśmy mieć poczucie, że faktycznie zrobimy za chwilę coś ciekawego.

Zameldowaliśmy się moim rodzicom w prosty sposób – „jedziemy do Was!” Pozostało jakieś 40-50 kilometrów. Po kilkudziesięciu minutach już mijaliśmy blachę „Gdańsk”. Zbiliśmy piątkę i w drogę. Wrzuciliśmy jeszcze oczywiście fotkę z blachą. Kolejna fala smsów i powiadomień na FB. Osoba mi zupełnie nieznana (Pawłowi również), napisała nawet, że od rana żyje tylko naszą jazdą i jest z nami myślami. To było piękne.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła nas sieć dróg rowerowych w Trójmieście. WZOROWA! Szczerze przyznam, że znam te okolice dość dobrze z perspektywy samochodu – mam tu rodzinę, zawodowo też mocno związany jestem z Gdańskiem. Miałem spore obawy, czy uda nam się szybko przejechać przez aglomerację. Okazało się, że zrobiliśmy to szybciej niż jakikolwiek inny etap na tej trasie. Schowaliśmy się między budynki, dodatkowa adrenalina, która wystrzeliła do naszych żył po zobaczeniu znaku „Gdańsk” sprawiła, że w kilkanaście minut przejechaliśmy cale miasto!

Sopot. Tu już wiedzieliśmy, że możemy świętować. Kolejna blacha leci na Facebooka. Za chwilę krzyczę do Pawła „Ej kupmy sobie szampany na Skwer!” Zjeżdżamy szybko na pierwszą stację benzynową. Zamiast tradycyjnego „igristoja” szampany z wyższej półki, ostatnie dwa. Trudno – raz się żyje – kupujemy.

Gdynia. Kolejna blacha. Szybkie spojrzenie na garmina. Zostało kilka kilometrów. Telefon do rodziców – już czujemy zapach morza! Nie ma już zmęczenia, jest ekscytacja. Może nie był to nadludzki wysiłek, ale rok temu nie przejechałbym w 4 dni ani jednego etapu naszej wyprawy. To było coś! Dojeżdżamy w okolice Skweru Kościuszki i… 199 kilometrów! O nie, jesteśmy kilometr od zobaczenia „dwójki z przodu” i mamy wjeżdżać na metę? Szybka decyzja, że jedziemy w stronę Sea Towers. Robimy małą rundkę po bocznych uliczkach. Wracamy na Skwer Kościuszki z dystansem 201 kilometrów. Pod pomnikiem Kościuszki witają nas moi rodzice, otwieramy szampana i upajamy się chwilą. Chwilę potem idziemy na plażę, by zatknąć nasze ciupagi w gdyńskim piasku. Na tę chwilę czekałem 9 miesięcy!

10560419_690287311024916_1674224669379545708_o

No dobra, to rozkręcamy rowery i wracamy do domu!

  • Początek trasy: ukochany Toruń
  • Koniec trasy: upragniona Gdynia
  • Dystans: ~200 kilometrów