Poprzedni wieczór naszej wyprawy spędziliśmy na totalnym relaksie. Jak się okazało w hotelu Focus w Łodzi, nie dość, że dają świetne ceny last minute, to jeszcze siłownia i sauny są za darmo. To ostatnie zdecydowanie nam pomogło w pokonaniu trasy Łódź – Toruń. Tradycyjnie wyjechaliśmy o 5 rano…

Wyjazd z Łodzi był łatwy i przyjemny, asfaltowe drogi rowerowe wyprowadziły nas na północ miasta sprawnie i szybko. W Zgierzu, mimo drogi krajowej, pomogła nam wczesna pora i na naszym małym skrawku pobocza czuliśmy się komfortowo. Droga była bardzo dobra, a nam pomagał wiatr wiejący w plecy. Na chwilę zatrzymaliśmy się w Łęczycy, by spokojnie się nawodnić. Ja akurat opróżniłem pierwszy bidon zakupiony dzień wcześniej za jakieś grosze, więc była okazja do napełnienia.

nowe bidony

Z Łęczycy, mimo pofałdowanego terenu, po którym tak lubię czasem się wybrać samemu w trakcie zwykłych treningów, jechalo się dobrze. Nie miałem myśli, że oto oddalamy się od domu. Nie miałem złych myśli. Już czuliśmy morze, jeszcze nigdy w moich okolicach nie czułem morza, teraz obydwaj już to widzieliśmy oczyma wyobraźni. Nogi świeże, wieje w plecy, więc jedziemy dalej. Dobiliśmy do Krośniewic. Tam na stacji dłuższy postój, drugie śniadanie i w drogę. Od tego miejsca asfalt ten znałem jak własną kieszeń. Nie z wypraw rowerowych, ale z racji częstego przemierzania odcinka między Krośniewicami a Toruniem samochodem.

Jechało nam się bardzo szybko i fajnie. Nim się obejrzeliśmy, wjechaliśmy w lasy między Kowalem a Włocławkiem. To fajny odcinek, fajne lasy, lubię tę okolicę, więc jazda sprawiała mi wyjątkową radość. Wjechaliśmy do rozkopanego Włocławka. Dzień wcześniej, w drugą stronę, jechał tu peleton Tour De Pologne, a nasze ciupagi oraz flagi wzbudzać zaczęły pewne zainteresowanie. Ktoś nam nawet coś zaczął pokrzykiwać, ktoś bił brawo – było fajnie :).

W centrum Włocławka zatrzymaliśmy się w… a jakże McDonaldsie! Kawka, tortilla, szybkie spojrzenie na zegarek i… 9 rano! Jechaliśmy tak szybko, było nam tak komfortowo, że nawet nie patrzyliśmy na upływający czas. Nawet jeszcze dzień się nie zaczął, a my zrobiliśmy już to, co mieliśmy w planie. Czuliśmy się mocni, więc szybko podjęliśmy decyzję, że jedziemy na obiad do Torunia. We Włocławku jeszcze trochę posiedzieliśmy – nie było gdzie się spieszyć. Szybki telefon do ulubionego toruńskiego hotelu, czy mają miejsca i czy przyjmą rowery. Wszystko w porządku, więc w trasę.

Pierwszy raz od uruchomienia autostrady, jechałem starą krajową jedynką w stronę Torunia od Włocławka. Droga okazała się bardzo dobrej jakości i praktycznie nie występował na niej ruch. Nie ma się czemu dziwić, na dobrą sprawę na to liczyłem. Jeśli krajówka przebiega momentami 100-200 metrów od autostrady, to nikt oprócz lokalesów nie będzie się poruszał drogą niższej kategorii. Wiatr niestety od Włocławka zmienił kierunek praktycznie o 180 stopni. Teraz wiał w nas tzw. mordewind, robiło się coraz cieplej, ale jechaliśmy dalej i jechaliśmy bez żadnych problemów. Wszystko układało się wspaniale.

nowy most w Toruniu

Około 13 przejechaliśmy nowy most w Toruniu, dojechaliśmy do rynku, gdzie strzeliliśmy sobie fotki i zaprosiłem Pawła na najlepszy makaron w tym mieście, czyli do restauracji Pasta i Basta. Tam oczywiście oprócz włoskiej pasty zamówiliśmy najlepszą na świecię pomidorową zupę krem. Od czasów, gdy do Torunia wracam jako turysta a nie student, nie ma siły – zawsze znajdę czas na przynajmniej jeden talerzyk tej zupy w lokalu na rynku. Polecam serdecznie wszystkim.

Chwilę podelektowaliśmy się pięknem starówki i ruszyliśmy do hotelu, który znajdował się 200 metrów od niej. Mielismy jeszcze chwilowo plan, żeby pojechać dalej, w okolice Grudziądza, ale znajomi na Facebooku podpowiadali, że przetacza się tam burza. Zrezygnowaliśmy. Zainwestowaliśmy ten czas w przekowanie i planowanie, bo już wtedy zaczął nam się w głowach rodzić plan zuchwałego podboju Trójmiasta o wiele wcześniej, niż to zakładaliśmy kilka dni temu…

  • Początek trasy: Łódź
  • Koniec trasy: Toruń
  • Dystans: ~165 kilometrów