To był drugi dzień naszej wyprawy z Zakopanego do Gdyni. Poprzedni etap okazał się horrorem i jako zupełny żółtodziób w takich wyprawach byłem delikatnie przerażony, że dziś czeka nas kolejny dzień udręki. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie, mimo że pierwsze kilometry nie zwiastowały niczego dobrego.

Wyjechaliśmy bardzo wcześnie. O 5 rano byliśmy już z Pawłem w siodełkach. Puste ulice Krakowa sprawiły, że jechało się płynnie ale nie uniknęliśmy błędów nawigacyjnych. Tutaj niestety zawiódł nas garmin. Pierwszy i chyba ostatni raz. Słońce wstawało bardzo powoli, miałem problem z dogrzaniem, ale jakoś wyjechaliśmy z miasta. Skierowaliśmy się w stronę Olkusza. Teren nadal był pagórkowaty, byliśmy świadomi, że pierwsze 20 kilometrów poświęcimy na wyjazd z doliny, w której leży Kraków. Szybko jednak osiągnęliśmy cel.

10537975_688011571252490_9050380285977466429_o

Do Olkusza zawitaliśmy dość szybko. O 7 z minutami zatrzymaliśmy już tradycyjnie przy McDonaldsie na poranną kawę, tam też obwiązaliśmy sakwy naszą lekko mokrą bielizną termo, żeby szybko wyschła na słońcu i wietrze. Do tego momentu jechało nam się bardzo miło. Z minuty na minutę robiło się coraz bardziej rześko, nie napinaliśmy się na wynik. Dzięki wyruszeniu w trasę rano, mieliśmy psychiczny luz związany z czasem. Niestety gdzieś w okolicach Olkusza musieliśmy pożegnać górskie widoki i przywitać (bez skrywanej uciechy, jak przystało na ludzi z nizin) płaskie odcinki terenu. Jechaliśmy po wyjątkowo ciekawych miejscach. Nie były to idealnie płaskie drogi, miały górki ale nie były one „natarczywe”. Pokonywaliśmy je z dużą ochotą i przyjemnością. Dodatkowo wyjątkowo urokliwe były tamtejsze wioski. Nie potrafię opisać, co to było, ale miały one swój klimat. Z całą pewnością były bardzo długie :).

Między Olkuszem a Zawierciem czekał nas ostatni niewielki podjazd. Zabijcie mnie, nie potrafię przypomnieć sobie jak się nazywała. Morale jednak mieliśmy dobre, bo na jej szczycie urządziliśmy sobie górską premię. Wygrał Paweł. 300 metrów dalej znów miałem chwile grozy. To było jakieś fatum, które utrzymywało się od poprzedniego dnia. Gdy tylko zaczynał się jakiś fajny podjazd, mi musiało się coś stać. Jak już wspominałem, w Olkuszu opatentowaliśmy sposób na szybkie suszenie bielizny termo. Niestety mimo dołożenia wszelkich starań by ciuchy w nic się nie wkręciły, na zjeździe jedna nogawka moich spodni znalazła się między tarczą a klockiem hamulcowym. Fajne uczucie – masz ciekawy zjazd, ponad 40kmh na garminie, aż tu nagle jakiś hałas i tracisz hamulec. Wyciąganie szczątków materiału zajęło kilkanaście minut, przydał się scyzoryk. Ruszyliśmy dalej, ale od tego momentu hamulec nie pracował tak jak powinien i na dobrą sprawę dopiero za Grudziądzem udało mi się porządnie naprawić.

20140803_093604

Kolejne godziny mijały, a my zaczynaliśmy znów narzekać na upał. Nie było łatwo, w Zawierciu przywitał nas skwar na ponad 30 stopni. Najlepiej obrazuje to Twix Pawła wyciągnięty z sakwy… Tam też uzupełniliśmy wszystkie płyny i węglowodany. Ruszyliśmy prosto do Częstochowy. Robiło się bardzo gorąco, ale wiedzieliśmy, że jesteśmy już rzut beretem od celu.

Przejeżdżaliśmy kolejne kilometry, krajobrazy zmieniały się w takie, do jakich przywykliśmy. Bardzo fajnie wspominać będę ostatnie kilkadziesiąt kilometrów, które prowadziły przez jakieś miejscowości letniskowe. Google pokazuje tylko Żarki Letnisko, ale mam wrażenie, że tam były trzy takie miejscowości. Całość usytuowana w bardzo ładnym lesie. Równiuteńki asfalt, cisza, piękny chodnik. Każdy rowerzysta życzy sobie takiej drogi w środku lata, w okolicach południa. W jednej z nich zrobiliśmy sobie krótki przystanek, na ostatnie batony i ostatnie napełnianie bidonów. Odpoczęliśmy chwilę, Pawła ugryzła pszczoła i zaatakowaliśmy Częstochowę. Swoją drogą nie tak prędko – to są te sytuacje, które zapomina się i wspomina ze śmiechem przy kolejnych wieczorach z piwem… zatem pszczoła.

Pawła ugryzła pszczoła, nic przyjemnego, ani szczególnego. Jego szybka reakcja pozwoliła obejść się bez przykrych konsekwencji. Jednak reakcja była wyjątkowa. Wyobraźcie sobie wiejski sklepik, ciemny, ciasny, dwie grubsze panie za kasą, kolejeczka wczasowiczów, pośród nich Pan W Lycrze i w pewnym momencie wpada do sklepu drugi krzycząc „KUP CEBULĘ!” Do jasnej cholery, pomyślałem, po kiego mu cebula?! Ale kupiliśmy cebulę, ludzie patrzyli się na nas mocno dziwnie, z resztą nie pierwszy raz tego dnia, o czym zaraz. Jednak jego mina i moje zdziwienie… no i ta groteskowość tej sytuacji. Wspominamy to do dzisiaj.

20140803_115813_HDR

Ostatnie kilka kilometrów wyjechaliśmy na tzw. Katowicką, która już za kilka godzin miała nam mocno pokrzyżować szyki. Jak się okazało jednak, w centrum Częstochowy znaleźliśmy drogi rowerowe, Może nie były one idealne, ale prowadziły tam gdzie chcieliśmy – na Jasną Górę. Obok klasztoru mieliśmy zabukowany nocleg, jednak zanim się zameldowaliśmy odpoczęliśmy w cieniu drzew Parku Pod Jasną Górą i zjedliśmy świetny makaron w knajpce przy deptaku nieopodal (nazywała się bodaj Dobry Rok). Tam też pozwoliliśmy sobie na dobre, zimne piwo, w końcu do hotelu mieliśmy 300 metrów, więc mogliśmy się przejść.

Tutaj mała dygresja na koniec. Nigdy nie wiecie, co Was spotka za 5 minut! Okazało się, że recepcja hotelu, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg, to jednocześnie bar sporej restauracji, przez który trzeba było przejść. Była niedziela i jak się okazało, wparowaliśmy z rowerami komuś na poprawiny… cóż ostrzegaliśmy przez telefon, że będziemy z rowerami w podróży. Na szczęście obsługa zachowała humor, a goście spojrzeli na nas tylko jak na kosmitów. Potem pozostało już tylko oglądać etap z Gdańska do Bydgoszczy naszego kochanego Tour De Pologne w telewizji.

20140803_124219_HDR

Następnego dnia mieliśmy zbliżyć się do domu na zaledwie kilkadziesiąt kilometrów.

  • Początek trasy: Kraków
  • Koniec trasy: Częstochowa
  • Dystans: ~ 120 km