Gdy na początku 2014 roku myślałem o tym, który etap będzie najtrudniejszy, to wcale nie typowałem mojego koszmaru z Zakopianki. Typowałem właśnie ten odcinek. To miał być środek wyprawy, miało zacząć doskwierać nam pierwsze zmęczenie, mieliśmy być wreszcie blisko rodzin, bardzo blisko. Kilkadziesiąt kilometrów. Jak się okazało, nic z tych rzeczy.

Nogi po etapie Zakopane – Kraków były podmęczone, po etapie do Częstochowy nie było szału, więc wiedziałem, że do Łodzi spokojnie dojedziemy. Pytanie brzmiało, czy w następny etap będę w stanie wyjechać rowerem, czy pociągiem pojadę do domu? Tak na poważnie nie brałem tego pod uwagę, ale psychika jest różna. Mnie najbardziej przeszkadza mentalnie bliskość domu. Dopóki jestem daleko i nie czuję ciepłego łóżka to jazda jest przyjemna. Jeśli zacznę je czuć, trudno przejechać obok i zacząć znów się oddalać. Jednak zacznijmy od początku.

Nie wiem jaki szaleniec wpadł na pomysł, że jak wyjedziemy o 4-5 rano z Częstochowy, to pojedziemy sobie Katowicką i odbijemy po 50 km w stronę Łodzi w Kamieńsku. Przecież nikt w nocy nie jeździ krajówką! Trzeba być skończonym kretynem żeby tak myśleć. Ja nim byłem, Paweł był sceptycznie nastawiony do mojego pomysłu. Jednak jestem upartym osłem i jeśli do czegoś jestem przekonany, to nie dam sobie wmówić, że da się inaczej. Całe szczęście w obliczu śmierci pod kołami ciężarówki szybko zmieniam zdanie.

wysokosciowka czestochowa - lodz

Było przed piątą rano, gdy wyjechaliśmy z hotelu i wjechaliśmy nieopodal na krajówkę. Remonty, ruch jak na Marszałkowskiej w środku dnia, dramat! Ujechaliśmy jeden kilometr i wycofaliśmy się. Skończyło się to tym, że na starcie straciliśmy dobre 30-45 minut w poszukiwaniu innej drogi. Znaleźliśmy – jedziemy przez Radomsko! Też fajnie. Nie ma nic głupszego niż brak elastyczności i dostosowywania się do sytuacji w trakcie takich wypraw, więc zawróciliśmy, pobłądziliśmy i już chwilę później byliśmy na drodze wylotowej do Radomska.

Była godzina 5, gdy faktycznie wyjechaliśmy z Częstochowy. Na drodze, którą się poruszaliśmy przez długi czas niewiele się działo oprócz lokalnego ruchu. Ludzie pewnie jechali w poniedziałek do pracy i przeklinali pod nosem dwóch gutków, którym zachciało się jechać z sakwami przez całą Polskę z samego rana. Było wyjątkowo nieprzyjemnie. Nie wspominam odcinka do Radomska jakoś nadzwyczajnie. Długo jechaliśmy nijakim lasem, totalnie prostą jak od linijki drogą. Doczłapaliśmy jednak swoje rowery do tego miasta i stanęliśmy na dłuższą rozgrzewającą kawkę i ciastko na stacji benzynowej. Wtedy chyba pierwszy raz nasze ciupagi zaczęły wyglądać nienaturalnie pośród otoczenia. Ekipa stacji benzynowej wypytała nas skąd, i gdzie, i właściwie po co jedziemy. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę. To był chyba najdłuższy postój, ale czekaliśmy też na poprawę warunków.

W końcu ruszyliśmy w stronę Bełchatowa. Przy wyjeździe z miasta minęliśmy młodego chłopaka, na skrzypiącym składaku. Gdy go minęliśmy jego miarowe skrzypienie łańcucha przyspieszyło. Doszedł nas, dał nam zmianę. Jedną, drugą, trzecią. Z każdą z nich wyglądał coraz gorzej. Na koniec pożegnał się i skręcił w boczną drogę. Do dziś nie wiem, czy faktycznie tam chciał skręcić, czy po prostu dał sobie spokój. Ale to było miłe.


20140804_075646_HDR


Zbliżając się do Bełchatowa mijaliśmy kominy, hałdy, rzeczy których często z samochodu człowiek nie ma czasu obejrzeć. W centrum Bełchatowa zameldowaliśmy się po 8 zameldowaliśmy się w centrum miasta. Tam zrobiliśmy szybkie uzupełnianie zapasów, zjedliśmy, przebraliśmy się i odmeldowaliśmy u bliskich. Miasto budzi się do życia, a my już w połowie drogi. To było dobre uczucie. Nie mieliśmy żadnych problemów. Myśli, których tak się bałem przed wyprawą, gdzieś się ulotniły. Jedziemy dalej!

Dojazd do Łodzi dłużył się, było coraz więcej samochodów, coraz więcej zabudowań, ale swojskie krajobrazy sprawiały, że czuliśmy się jak u siebie. W międzyczasie połamały się moje aluminiowe koszyki na bidony. Potrzebowaliśmy dętek, zepsuło się dynamo u Pawła, więc chwilę musieliśmy się z rana osłaniać. Dosłownie na granicy Łodzi minęliśmy cygański pogrzeb. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że tak to wygląda. Wielka czarna karoca, konie, cała droga zablokowana. Jakoś się przebiliśmy kierując się do centrum.

20140804_102511_HDR

Dojechaliśmy, zupełnie bez problemów. Praktycznie wypoczęci. Chyba przywykliśmy już trochę. Ponieważ mieliśmy sporo czasu, zrobiliśmy pranie i udaliśmy się do sklepu żeby zakupić potrzebny sprzęt, który nam się zdekompletował. Kupiliśmy trochę frykasów i obejrzeliśmy relację z TDP. Jechali po naszych okolicach, miło się to oglądało, tym bardziej, że wiedzieliśmy iż kawałek drogi, który kolarze pokonują dzisiaj, my przejedziemy jutro w drugą stronę.

Na koniec dnia udaliśmy się na saunę. Jak się okazało nasz hotel, który ustrzeliliśmy w promocji dzień wcześniej za jakieś grosze, oferował darmową saunę. Zrobiło to dla nas wielką robotę. Mięśnie chyba się mocno zregenerowały, bo nazajutrz było bardzo dobrze.

  • Początek trasy: Częstochowa
  • Koniec trasy: Łódź
  • Dystans: ~ 130 kilometrów