Odmieniłem swoje życie – this is for fatty guys!

wpis w: myśli | 4

Minęły dwa lata, czyli 730 dni później i 42 kilogramy mniej. W sumie po tym zdaniu mógłbym zakończyć ten wpis. Dzięki rowerowi odmieniłem swoje życie i Tobie też tego życzę!

Zaczęło się banalnie. Brat przyjechał w odwiedziny i z pasją opowiadał o tym, że pół roku temu kupił sobie rower, i jak to fajnie się na nim jeździ. Że robi po 50 kilometrów dziennie. Ogólnie niesamowita sprawa. Słuchałem i nie wierzyłem. 50 kilometrów? Nie możliwe. Muszę to sprawdzić – pomyślałem – przecież mam nowiutkiego Unibike’a Mission w pokoju, z którego nie korzystam!

29 maja 2013 roku, uzbrojony w jakieś pierwsze lepsze buty i jak się okazało pierwszy lepszy rower, wyruszyłem na wycieczkę. Wręcz wyprawę! Całe 25 kilometrów! Średnia 18,9 kmh, maksymalna 30 kmh. Czas? 81 minut. Wtedy, jeszcze przed treningiem, gdy wsiadałem na rower, nie zdawałem sobie sprawy, że to proste urządzenie tak wywróci moje życie. Wtedy, czyli w momencie, gdy ważyłem ponad 124 kilogramy.

Cztery miesiące później, gdy wypowiadałem małżeńską przysięgę, było już 5 kilogramów mniej. To był na dobrą sprawę moment zwrotny. Po raz pierwszy w życiu tak faktycznie zaczęło mi dokuczać to, co reprezentuję sobą fizycznie. Krótki tygodniowy wyjazd na Teneryfę, zaraz po ślubie otworzył mi się oczy! Wystarczy zacząć marzyć, a cele przyjdą same! Przecież ta wyspa to raj dla zajawkowiczów kręcenia korbą! Trzeba zacząć się rozwijać, by tu kiedyś wrócić i wjechać na Teide!

odmieniłem swoje życie

To tam, w ciepłych basenach hotelu Barcelo Santiago, który serdecznie polecam, zacząłem porządnie układać sobie plan na najbliższe 10 miesięcy. Zrobię coś dla siebie, rozwinę się rowerowo! Przejadę z Zakopanego do Gdyni, z Wielkiej Krokwii, na Skwer Kościuszki. Zrobię to w czasie krótszym niż tydzień. Dla gościa o wadze około 120 kilogramów, to było wyzwanie.

Godziny wertowania stron internetowych, wybieranie roweru o dopuszczalnej masie całkowitej w okolicach 150 kilogramów (bo przecież sakwy też coś będą ważyć). Zakupy, nadal czytanie, pulsometr, książka „Trening z pulsometrem” Joe Friela, a potem… potem nadszedł 4 stycznia. Praktycznie z ulicy poszedłem do dietetyczki. Wiedziałem, że łatwiej będzie osiągnąć cel, gdy będę lżejszy. Dlatego zacząłem walczyć na kolejnej płaszczyźnie o końcowy sukces. Hartowałem ducha nie tylko na rowerze, ale również ograniczając swój jadłospis do zdrowych produktów i brakiem podjadania po 18. Czułem się coraz lepiej. Przestałem chrapać, sen się uspokoił, dzięki temu mogłem wydajniej pracować i trenować.

Trening wymusił na mnie lepszą organizację pracy. Lepsza organizacja pracy i zmiana stylu życia, zwiększyła moją efektywność. Zacząłem biegać. Dystans 4 kilometrów przestał być dla mnie i moich kolan problemem. Potem 10, 15, półmaraton. Wszystko kręciło się wokół roweru, sportu i wydolności. 2 sierpnia 2014 roku stanąłem pod WIelką Krokwią, Rower z sakwami ważył ponad 30 kilogramów. Ja ważyłem 85. Dopuszczalna masa całkowita ramy mojego Herculesa przestała być problemem.

99 godzin później, dokładnie o godzinie 16:00, 6 sierpnia 2014 roku stanąłem na Skwerze Kościuszki w Gdyni. Gdyby nie odparzenia na czterech literach, pewnie pojechałbym dalej. To był mój pierwszy sukces rowerowy i pierwszy raz poczułem smak przygody. Po raz pierwszy w życiu, chyba coś zrobiłem, zaplanowałem od początku do końca i zrealizowałem tylko dla siebie. Cel, strategia, narzędzia do osiągnięcia celu, przygotowania a na końcu realizacja. Tak, poczułem się spełniony.

odmieniłem swoje życie

Dziś dystans mojej pierwszej wycieczki, czyli 25 kilometrów pokonuję w około 45 minut. Maksymalna prędkość tamtego treningu teraz stanowi dla mnie tylko dolną granicę prędkości średniej z jaką poruszam się na wet na dystansach 100-130 kilometrów. Trening poniżej takiej wartości średniej uznaję za wolny. Dziś to już trzeci rower w trakcie tych dwóch lat, ale myślę już o kolejnym. Bo endorfiny buzują w moim organizmie, który waży teraz niewiele ponad 82 kilogramy. Co jest w tym wszystkim najlepsze? Że chyba moja Kasia przestała już nawet się na to denerwować, bo wie, że dzięki temu jestem szczęśliwy i dzięki temu wspólnie przeżyjemy na tym świecie kilka lat dłużej, bo nie umrę na zawał w wieku 45 lat.

Każdego dnia moje odczuwanie kolarstwa zmienia się. Dziś po prostu odkrywam kolejne zakamarki mojej okolicy i sprawia mi to wielką frajdę. To że przy okazji robię to na sporych prędkościach – sprawia mi tylko jeszcze większą radochę! Coraz częściej zabieram rower gdzieś i znów kręcę się po okolicy lub odwiedzam konkretną miejscówkę. Poznaję świat z zupełnie innej perspektywy. Mam wrażenie, że obok hartu ducha i wyćwiczonego dążenia do celu taranem, nabrałem też pewnej wrażliwości na to co nigdy mnie tak naprawdę nie obchodziło – piękno tych miejsc, w których tu i teraz jesteśmy. Potrafię się zachwycić dosłownie wszystkim, a mój zachwyt tylko podbija wysokie tętno, adrenalina i endorfiny we krwi!

Choć może wpisy na tym blogu czasem są infantylne, to historia jest prawdziwa. Wola walki jaką u siebie wytworzyłem i przeświadczenie, że nie ma rzeczy niemożliwych, wciąż pcha mnie do osiągania celów. Zachłysnąłem się kolarstwem i rowerami. Z większym prawdopodobieństwem obejrzę się za węglową ramą prowadząc samochód, niż za ładną dziewczyną. Zachłysnąłem się życiem i jego pięknem. Najlepsze jest jednak to, że gdy czytam blog szymon.bike, to widzę, że tak naprawdę moja droga dopiero się zaczęła. Polecam kilka ostatnich wpisów Szymona. Dziś w oczekiwaniu na wizytę lekarską, która była następstwem wypadku na Skandii, urzekł mnie wpis „Must-have tego sezonu”… tak muszę kupić globus, bo dopiero on uświadomi mi, że wyprawa na Stelvio, to dopiero początek kolejnego rozdziału w moim życiu i jak dużo świata jest jeszcze do zobaczenia z perspektywy siodełka.

Nie czekaj… odważ się być szczęśliwym!

A na Teneryfę pojadę… życzyłbym sobie, żeby to było w tym roku.

Wpis dedykuję żonie, która z wyrozumiałością przyjmuje mojego świra na punkcie roweru i moje godziny poza domem. Chyba z tymi rowerami w domu jesteśmy jednak szczęśliwsi…