Jak zacząć sezon rowerowy…

wpis w: myśli | 0

Równo miesiąc nie wyjeżdżałem swoim rowerkiem na zewnątrz. Mróz, plucha, błoto. Wszystko to oddalało mnie od wejścia w prawdziwy sezon rowerowy. Mamy jednak ostatni weekend stycznia i wbrew zapewnieniom prominentnych polityków, wystarczą dwie-trzy warstwy ubrań by wyskoczyć na zewnątrz. Oh jak ja na to czekałem!

Ustawka wisiała na Facebooku od dłuższego czasu, wszyscy śledzili prognozy z meteo.pl i obgryzali paznokcie w obawie o załamanie pogody. Sobota rano o 9:00 wyjazd. Już w piątek wszystko przygotowałem. Opona zmieniona, ciuchy przygotowane, folia spożywcza na buty odfajkowana. Tylko ta trasa… na pierwszy rzut, by rozpocząć dobrze sezon rowerowy, Boguś a.k.a. Prezes zaproponował… 130km luźnym tempem. Ehe…

Welcome to my world

8:00. Budzik nie dzwoni. Byłem tak rozochocony, że nie spałem od 7 :). Ubrałem się za szybko, jeszcze pięć razy wyszedłem na balkon żeby sprawdzić czy nie za lekko się ubrałem. Jeszcze banan. Wszystko gotowe, dwie minuty do wyjazdu. Fuck! Wisi… przewieszony przez oparcie krzesła. Pasek HRM. No to rozbieramy się. Na pierwszy wyjazd w sezonie pomiar musi być.

jezdze na szosie

Szybkie ogarnięcie tematu i już jestem w drodze na miejsce ustawki. Chłopaki jadą z Łowicza z bocznym wiatrem, a ja jak zawsze gdy jadę na miejsce, pod wiatr… samemu. Jeszcze przejazd kolejowy, po 20 minutach zrzucam jedną warstwę bo za ciepło. Pierwszy raz w tym roku i od razu taki wiatr. Lekko nie będzie. 25kmh, a cisnę jak bym dobry interwał jechał. Trudno będą musieli poczekać.

Pokaz siły

W końcu dojeżdżam. Coś nas mało myślę. Jest nas sześciu. Jednak co bardziej bojaźliwi zostali w domu po prognozach meteo. Szkoda, jest czego żałować.

DCIM127DRIFT

Pierwsze wspólne kilometry lecą szybko. Z chłopakami nie widziałem się szmat czasu. Jest euforia i sprawdzanie nogi. Nie wiem jak oni, ale ja się rozglądałem :D. Miałem wrażenie, że wszyscy przepracowali ten okres lepiej ode mnie. Ciśniemy dalej pod wiatr, a tempo jest spore. Lecimy w miejsca, w które jeszcze nigdy nikt z nas się nie zapuszczał. Po godzinie jazdy dołącza do nas lokalny Rafa z Tinkoffa. Przewodnik po asfaltach w okolicach Koluszek. Po dwóch godzinach jazdy pod wiatr chyba każdemu zbrzydło już sprawdzanie nogi. Całe szczęście zaraz zaczniemy wracać.

rafa majka tinkoff

Z wiatrem to i śmieć poleci

Przyznam szczerze, zaczęło mnie martwić, gdy wszyscy po dotarciu do Koluszek lekko zamilkli. Mieliśmy spokojnie drugie tyle do naszych domów, a początkowe rozmowy po prostu zamarły. Oczywisty znak, że chyba powoli traciliśmy wszyscy morale z mordewindem w tle. Jednak jazda po pętli to gra o sumie zerowej… przynajmniej tak twierdzi mój dobry kumpel.

zjazd na początek sezonu

Zaczęliśmy wracać. Z wiatrem. Nagle słońce jakby zaczęło mocniej świecić, Teren zrobił się wyjątkowo piękny i jak na centrum Polski mocno pofałdowany. Zdecydowanie polecam asfalty w trójkącie Łódź – Koluszki – Głowno. Skoro teren fajny, to i noga bardziej chętna do ciśnięcia.

DCIM127DRIFT

Na jednym bananie nie pojedziesz

Gdy się rano pakowałem, przeczuwałem, że będą z tym problemy. Spróbuję – pomyślałem. Po trzech godzinach ewidentnie zaczęło mi brakować cukru. Banana spożytego godzinę wcześniej mój organizm nawet nie zauważył. Izotonik poprawił sytuację na kwadrans. No ale co tam, przecież nie mogę dać się urwać. Męska duma to jednak dobra rzecz. W tamtym momencie czułem się, jakby moje mięśnie dosłownie żywiły się wszystkim, co miałem w sobie – od kwasu mlekowego po wątrobę.

Co tam! Chłopaki jadą, to i ja jadę. Skuter… traktor… TIR z Ukrainy… Chyba szybko jedziemy. W pewnym momencie na zjeździe mamy 70kmh. Ładnie jak na styczeń!

rower i TIR

Rozjazd

Efekt końcowy był łatwy do przewidzenia. Dalszą część soboty wszyscy spędziliśmy pod gorącym prysznicem / w wannie / rozmasowując skurcze / pijąc piwo na zakwasy / jedząc Twixy licząc na wyrównanie poziomu cukru we krwi. Nie wiem czy komuś nie odpadły cztery litery – nikt się nie przyznał.

rowerowy zawrot glowy

Wiem jedno – takie rozpoczęcie sezonu zwiastuje mocny rok!