Cel roczny, rzecz o jego braku czy może…

wpis w: myśli | 1

Dwa dni temu pisałem o powrocie do reżimu treningowego i trudach związanych z osiągnięciem krótkoterminowego celu, jaki sobie założyłem, czyli stravowego Grand Fondo w lutym. Niestety ostatnimi czasy nie mam problemu tylko z krótkoterminowymi celami, większy problem mam z obraniem tego, co mógłbym nazwać „cel roczny”. To mocno podcina skrzydła…

Rok temu sprawa była jasna – od października 2013 roku wiedziałem, co chcę zrobić w 2014 i już od października zacząłem się przygotowywać. Kompletowanie sprzętu, rozmowy z potencjalnymi kompanami podróży, przygotowania teoretyczne, planowanie i w końcu sam trening. Wszystko przebiegało sprawnie, płynnie i było jasno rozłożone w czasie. Wszystko dążyło do jednego miejsca, a dzięki temu łatwiej było o motywację, jakiś wewnętrzny spokój i poczucie, że moja praca ma jakiś głębszy sens, niźli tylko kręcenie się po okolicy.

Umówmy się, jeśli nie jesteś fanem spakowania roweru do samochodu i poświęcenia godziny na odjechanie w dalsze okolice, by tam pokręcić pedałami, to w pewnym momencie okolica zaczyna cię nudzić. Ja nie mam tyle czasu, by na trening wraz z dojazdem poświęcić… dajmy na to pięć godzin w trakcie soboty, z czego tylko trzy byłyby efektywnie wykorzystane. Ok, wraz budowaniem formy i pewności własnych umiejętności, potencjalny obszar, który można „eksplorować” staje się większy (o czym trochę pisałem tutaj), jednak są pewne granice, które potem coraz trudniej jest widocznie przesuwać. Dlatego trening tylko i wyłącznie w celach krajoznawczych, w pewnym momencie traci sens.

poszukiwanie celu

Tutaj właśnie objawia sie rola celu… dajmy na to rocznego. Określenie go wyznacza nam punkt w rozwoju, który chcemy osiągnąć. Dziś rzeczy niemożliwe, za rok będą realne i wykonane, a za półtora staną się śmiesznie łatwe. Bo przecież wszystko co robimy, powinno mieć jakiś większy cel, prawda? Przynajmniej ja tak mam. To mi daje faktyczną motywację i radość z realizowania się na rowerze.

W moim przypadku, w tym roku jest z nim wyjatkowy problem. Z różnych względów nie jestem w stanie określić, gdzie będę i na co czasowo, czy też finansowo, będę mógł sobie pozwolić za dwa czy trzy miesiące, o perspektywie końca roku nie wspominając. To wprowadza wielki mętlik w mojej głowie. Mam kilka celów, na każdą ewentualność, ale nie mogę zdecydować się na żaden z nich. Wiem tyle, że w czerwcu chcę zrobić wypad na weekend i wjechać na Stelvio. Jednak umówmy się, to nie jest coś, co powinno stać się rocznym celem – mimo magii liczb takiej wyprawy, to tylko trzygodzinny wysiłek, na dodatek praktycznie na początku sezonu.

cel roczny

Każdy inny cel ma swoje wady. Przelot na południe Hiszpanii, by pokręcić się po tamtejszych asfaltach, jest super pomysłem, ale ja zamiast kręcenia przez tydzień czy dwa rundek zaczynających się i kończących w jednym miejscu, wolałbym zrobić wyprawę z punktu A do punktu Z, z całym alfabetem przystanków po drodze. Świetna inicjatywa, tylko co po wylądowaniu, dajmy na to w Barcelonie, zrobię z walizką na rower, jeśli chcę wracać… z Malagi?

W tym roku odbywać się będzie największy brevet, organizowany tylko raz na cztery lata, czyli Paryż – Brest – Paryż. Tysiąc dwieście kilometrów, świetna impreza, tylko… czy mam czas na to, by się przygotować? By móc tam pojechać, już w czerwcu, trzeba w Polsce zaliczyć brevet na sześćset kilometrów.

Od października 2013 roku marzę o tym, by wjechać z poziomu morza, na dolną stację kolejki pod wulkanem Teide na Teneryfie. Zjechałem te drogi samochodem, więc mam rekonesans. Przy okazji zaliczyłbym legendarną drogę TF-21 i wjazd do Masci, gdzie w Restaurante Casa Riquelme czas się zatrzymał i podają genialny drink ze świeżo wyciskanych owoców. Tylko… czy w tym roku podołam czasowo i finansowo takiej wyprawie?

casa riquelme

Każde z trzech pytań, postawionych w ostatnich zdaniach ostatnich akapitów, wydaje się być banalne. To nie są teoretycznie problemy, których nie da się przeskoczyć – walizkę chłopie nadasz do Malagi kurierem, do ostatniego hotelu, który odwiedzisz w Hiszpanii. Do brevetu pozostało pół roku, a dziś w polskich warunkach atmosferycznych już śmigasz setkę w przyzwoitym czasie. Na Teneryfę można pojechać choćby w listopadzie czy grudniu, a do tego czasu wszystko się ustatkuje i będzie możliwość zrealizowania marzeń.

Może zatem mam problem z urodzajem? Może specjalnie szukam dziury w całym, by usprawiedliwiać swoje obawy przed wykonaniem ogromu pracy, która pozwoliłaby mi osiągnąć mój cel roczny? Nie wiem… ale czas decyzji nadchodzi wielkimi krokami… a ja z całą pewnością napiszę tu, na co się zdecydowałem.Tymczasem zachęcam Was do obejrzenia filmu z najbardziej malowniczej drogi na Teneryfie, prowadzącej do Masci.